Dostałem taki mail (zrzut ekranu poniżej). Ogólnie nie planowałem o tym pisać. Ale po kilku rozmowach stwierdziłem, że to jest zbyt absurdalne, żeby zostawić dla siebie.
Kilka dni temu odezwał się do mnie rekruter z Google:

Legitne, wszystko sprawdzone, nie jakiś przypadkowy mail z Indii, tylko normalny proces: rozmowa, konkret, zero „czy jesteś zainteresowany quick collaboration”.
Stanowisko? Senior Search Quality Specialist. Pierwsza rozmowa – spoko. Druga – jeszcze bardziej spoko. Trzecia – zaczyna robić się niebezpiecznie realnie.
No i dochodzimy do momentu, który zawsze wszystkich interesuje najbardziej. Widełki: 28–42 tys. zł miesięcznie + bonusy + akcje
Plus standardowy pakiet: relokacja, benefity, dostęp do danych, o których połowa branży śni po nocach.
I teraz najlepsze, zakres obowiązków:
– walka ze spamem
– ograniczanie automatycznych treści
– wyłapywanie „manipulacji rankingiem”
– poprawianie jakości SERPów
Czyli… dokładnie to, co od lat próbuję obchodzić 😅
I nagle masz taką sytuację: stabilność, kasa, prestiż, wpływ. Z drugiej strony: frajda z testowania rzeczy, których nie powinno się robić. No i wyobraziłem sobie siebie na daily:
„Znaleźliśmy nową metodę generowania treści, która obchodzi algorytm… powinniśmy to zablokować”. A ja w głowie:
„… albo sprawdzić, jak daleko da się to jeszcze pociągnąć”.
No i wtedy wiedziałem, że to się nie uda. Więc odmówiłem. Po prostu uznałem, że lepiej mi po tej stronie internetu.
Czy żałuję? Zapytajcie mnie za rok. Albo po kolejnym core update 😉
PS. Jeśli to był jakiś ich sprytny sposób, żeby sprawdzić, kto nadaje się do „drugiej strony barykady”, to… chyba właśnie sam się wykluczyłem.
#PrimaAprilis
Komentarze