Postanowiłem zrobić prosty eksperyment.
Założyłem nową skrzynkę pocztową bez filtrów antyspamowych, umieściłem świeży adres e-mail na świeżo zindeksowanej stronie i… poczekałem. Chciałem sprawdzić, jak w drugiej połowie 2026 roku wygląda nowoczesny outreach.
Pierwsze wiadomości zaczęły pojawiać się niedługo po zindeksowaniu strony. W ciągu pierwszego miesiąca nie było ich wiele – około 20. To jednak w zupełności wystarczyło, żeby zauważyć pewien schemat. Co więcej, spodziewam się, że wraz z wiekiem domeny i kolejnymi indeksacjami ich liczba będzie tylko rosła.
Przez lata słyszeliśmy, że marketing staje się mądrzejszy, bardziej spersonalizowany i bardziej „ludzki”. Po przejrzeniu tych wiadomości wiedziałem już, że rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej. Większość nadawców nie miała pojęcia, kim jestem, czym się zajmuję ani dlaczego w ogóle do mnie piszą. Wiedzieli tylko jedno – mój adres istnieje.
Przyjrzyjmy się temu cyfrowemu zoo z bliska.
1. Wojna klonów
Największe wrażenie zrobiło na mnie dwóch „specjalistów od social mediów”.
- Różne nazwiska.
- Różne firmy.
- Niemal identyczna wiadomość.
Zmieniło się zaledwie kilka synonimów, temat oraz wezwanie do działania. Jeden prosił o odpowiedź „ZGODA”, drugi o „OK”. Reszta wyglądała tak, jakby obaj kupili ten sam pakiet gotowych szablonów.
Ironia? Ludzie oferujący budowanie autentycznej komunikacji marki sami nie potrafili napisać dwóch oryginalnych akapitów.
2. Nowa religia: „Zoptymalizujemy Cię pod ChatGPT”
Absolutny hit eksperymentu.
Jedna z ofert proponowała optymalizację strony pod ChatGPT, Claude i Gemini za jedyne 179,99 zł.
Nie zrozumcie mnie źle – istnieją działania, które rzeczywiście mogą poprawić sposób, w jaki treści są odczytywane przez systemy AI. Problem polegał na czymś innym. Wiadomość nie wyjaśniała co zostanie zoptymalizowane ani w jaki sposób. Liczyła się wyłącznie obietnica.
Nowe bóstwo, stare odpusty.
Jeszcze kilka lat temu sprzedawano gwarancję pierwszego miejsca w Google. Dzisiaj sprzedaje się obietnicę, że sztuczna inteligencja będzie częściej wspominać o Twojej firmie. Zmieniła się technologia. Model sprzedaży pozostał ten sam.
3. Fabryka wszystkiego
Kolejna grupa to zagraniczne software house’y.
Jedna firma oferowała jednocześnie:
- tworzenie stron internetowych,
- SEO,
- AI SEO,
- Shopify,
- branding,
- content marketing,
- integracje AI,
- aplikacje mobilne,
- oprogramowanie praktycznie dla każdej branży…
Na końcu listy pojawiło się rozbrajające:
…etc.
To był chyba najbardziej szczery fragment całej wiadomości.
Jej prawdziwy przekaz brzmiał:
Nie wiemy, kim jesteś. Nie wiemy, czego potrzebujesz. Ale zrobimy dla Ciebie absolutnie wszystko.
4. Obsesja pod tytułem „Odpisz OK”
Zaskoczyło mnie, jak wiele polskich ofert kończyło się dokładnie tym samym wezwaniem do działania.
Nie telefon.
Nie spotkanie.
Nawet nie odpowiedź na konkretne pytanie.
Tylko:
„Proszę odpisać OK.”

To klasyczny mechanizm psychologiczny zwany „stopą w drzwiach”. Najpierw wymuszasz minimalne zaangażowanie, a później próbujesz poprowadzić rozmowę dalej.
Problem w tym, że gdy kolejne wiadomości kończą się identycznym „odpisz OK”, cały ten mechanizm przestaje działać. Zamiast budowania relacji zostaje tylko kolejny automatyczny szablon.
5. Analiza z katalogu
Jedna z wiadomości zaczynała się bardzo obiecująco.
„Trafiłem na Państwa firmę poprzez stronę salonyfirmowe.com.pl.
Po wstępnej analizie potencjału firmy…”
Brzmi tak, jakby ktoś poświęcił czas na poznanie mojej działalności. Tyle że chwilę wcześniej sam wyjaśnia, na czym polegała ta „analiza”. Adres e-mail został po prostu znaleziony w katalogu salonyfirmowe.com.pl.
To trochę tak, jakby wejść do książki telefonicznej, znaleźć losowy numer i powiedzieć: „Po szczegółowej analizie Państwa działalności postanowiłem zadzwonić”.
Dalsza część wiadomości była już całkowicie przewidywalna: lista usług, zapewnienie o ponad dziesięcioletnim doświadczeniu i prośba o odesłanie wiadomości o treści „tak”.
Najbardziej rozbawiło mnie jednak zestawienie tych dwóch zdań. Najpierw deklaracja o indywidualnej analizie. Potem przyznanie, że jedynym źródłem wiedzy był internetowy katalog firm.
Trudno oprzeć się wrażeniu, że w wielu kampaniach słowo „analiza” oznacza dziś po prostu skuteczne skopiowanie adresu e-mail.
6. Ci, którzy przynajmniej nie udają
Na samym dole tego łańcucha pokarmowego stoją zwykli oszuści.
- „Ostatnie ostrzeżenie”.
- „Zweryfikuj konto”.
- „Deactivation last notice”.
Podszywanie się pod Microsoft, fałszywe panele logowania i klasyczny phishing.
Paradoksalnie była to jedyna grupa, która niczego nie udawała. Nie pisała o synergii, partnerstwie ani budowaniu marki. Po prostu próbowała wykraść dane logowania.
Najbardziej zaskoczyło mnie coś innego
Żaden z otrzymanych maili nie odnosił się do treści strony, na której znalazł mój adres.
Ani jednego komentarza dotyczącego publikowanych treści.
Ani jednego zdania pokazującego, że nadawca rzeczywiście odwiedził witrynę.
Dla większości autorów nie byłem człowiekiem ani firmą. Byłem rekordem w bazie danych, w której prawdopodobnie istniały jedynie 3 kolumny: id, email, statu.

Problem nie nazywa się spam
Patrząc na ten eksperyment, doszedłem do jednego wniosku.
Największym problemem nie jest liczba wiadomości, ale ich jakość.
Większość nadawców nie próbowała nawet sprawdzić, do kogo pisze. Nie odniosła się do treści strony, nie zadała żadnego sensownego pytania i nie pokazała, że poświęciła choć minutę na poznanie odbiorcy. Zresztą można to łatwo ogarnąć automatem.
Zamiast rozmowy dostałem serię gotowych szablonów, które równie dobrze można byłoby wysłać do kancelarii, sklepu internetowego, warsztatu samochodowego czy hodowcy alpak albo do osób wypasających owce w Pieninach/Bieszczadach. Jedynym elementem personalizacji był adres e-mail.
Paradoks polega na tym, że nigdy wcześniej nawiązanie kontaktu z potencjalnym klientem nie było tak proste. Jednocześnie nigdy wcześniej tak wiele wiadomości nie sprawiało wrażenia, jakby nikt nie chciał prowadzić prawdziwej rozmowy.
Jeśli podobał Ci się artykuł, proszę skomentować krótko: „OK”! (nie żebym na to liczył)
Komentarze