Czytanie blogów było kiedyś przyjemnością. Dziś znalezienie tekstu, którego AI nie wygładziło od pierwszego do ostatniego zdania, graniczy z cudem. Jeśli AI poprawia z góry na dół „stylówkę”, to nie jest już tekst blogera, to zwykła maszynowa treść, która zawiera, albo nie zawiera treści dodatnich. Na stronach zapleczowych, pisanych tylko pod roboty – rozumiem, lepsze to niż dawne, generowane automatycznie teksty-potworki (tzw. precle). Ale na blogach, które powinny być wizytówką osoby lub firmy?

Kiedy wchodzę na blog eksperta, nie szukam definicji, które wygeneruję sobie w pięć sekund w oknie czatu. Szukam człowieka.
Zamiast tego dostaję pięknie wygładzone ogólniki, czasem oparte na halucynacjach modelu. Dużo słów, mało autora. No i ten przerażający, szablonowy format artykułów blogowych: wstęp zaprojektowany z chirurgiczną precyzją pod AIO, sucha piguła informacji na dzień dobry, a potem bezduszna seria identycznie sformatowanych tabel, wypunktowań i nagłówków Q&A, z których całkowicie wyparował człowiek. To już nie jest pisanie, autor z góry zakłada, że nikt jego tekstu nie przeczyta od deski do deski, więc zamiast pisać ku uciesze gawiedzi, karmi tylko boty Google i boty największych modeli językowych.
Ale… bądźmy ze sobą szczerzy:
Sztuczna inteligencja nic nie popsuła, szczególnie blogów. Ona jedynie zdjęła drzwi z szafy, w której od lat upychaliśmy trupy.

Zanim na scenę wkroczyły modele językowe, internet wcale nie tętnił unikalną myślą. Wynajmowało się studentów lub najtańszych copywriterów na giełdach zleceń, płaciło grosze za tysiąc znaków ze spacjami i kazało przepisywać trzy pierwsze wyniki z Google, tylko innymi słowami, żeby przeszło przez filtry antyplagiatowe. Do dziś popularny jest tzw. format spintax. Tak czy siak… omijało to strony, które były wizytówkami konkretnych blogerów lub firm. Takie teksty trafiały zwykle na zapleczówki.
Mieliśmy do czynienia z ludzkimi botami, które produkowały cyfrowy szum pod dyktando specjalistów od SEO. Wolniej, drożej i brzydziej. AI nie przyniosło rewolucji. Po prostu zastąpiło słabo opłacanych ludzi tańszą maszyną.
Marki i autorzy zapomnieli o tym, że:

Pisanie czegokolwiek wartościowego wymaga zajęcia stanowiska, a zajęcie stanowiska niesie za sobą ryzyko, że ktoś się z nami nie zgodzi.
Biznes zapragnął tekstów idealnie gładkich, przezroczystych i bezpiecznych. Takich, które nikogo nie urażą, nie wywołają kontrowersji. Zaczęliśmy kastrować teksty z metafor, ironii i osobistych, czasem subiektywnych wniosków i „wycieczek” na rzecz obiektywnego profesjonalizmu. Zawiało nudą… jak rosół z kur wielu.
Dziś narzekamy, że z internetu wyparował człowiek, ale prawda jest taka, że sami go stamtąd eksmitowaliśmy na długo przed premierą ChatGPT. Oddaliśmy pole robotom , bo sami staliśmy się leniwi, a masowa produkcja pod algorytmy wyszukiwarek była po prostu wygodna.
Alibi dla lenistwa
Łatwo obwiniać agencje i marki o pójście na łatwiznę. Problem w tym, że to nie one wymyśliły reguły gry. Byliśmy po prostu grzecznymi graczami w kasynie, w którym krupierem od zawsze jest Google. Krupier od początku premiował ilość zamiast jakości w treści. Przecież przez lata wartościowy tekst stał na szarym końcu hierarchii SEO. Żeby wbić się na szczyt wyników, nie trzeba było pisać mądrze – wystarczyło przyłożyć odpowiednio dużo agresywnych linków albo zrobić bezczelne przekierowanie 301 z dobrej, przechwyconej domeny (albo dla pewności z pięciu na raz). Krupier nie patrzył na to, co masz do powiedzenia, tylko jak grubym portfelem linków dysponujesz.

Jak trzeba było obstawiać, żeby wygrać? Miałeś napisać tekst, który idealnie trafiał w gęstość słów kluczowych, miał odpowiednią długość nagłówków i dobrze dobrane title. Jeśli napisałeś felieton z błyskotliwą, metaforyczną puentą, algorytm go ignorował, bo robot nie rozumiał ironii. Jeśli napisałeś suchy, nudny jak flaki z olejem artykuł, ale naszpikowałeś go frazami i tabelkami, lądowałeś na pierwszym miejscu.
Wyszukiwarki stworzyły system, w którym unikalność stała się ryzykiem biznesowym. Dobre, nieszablonowe treści były często spychane na setną stronę wyników wyszukiwania, podczas gdy byle jaka, zmasowana treść była niejednokrotnie indeksowana i nagradzana zasięgami.
I to jest największy paradoks internetu. Google stworzyło potwora, z którym teraz samo próbuje walczyć za pomocą AI Overviews. Przez lata zmuszali autorów do pisania jak roboty. Gdy w końcu pojawiły się prawdziwe roboty, okazało się, że są w tej grze po prostu lepsze. Trudno wygrać z systemem, który za autentyczność karał, a za przeciętność płacił premię.
I tu dochodzimy do ściany. Skoro maszyny piszą już lepsze teksty dla robotów niż my sami, dalsze ściganie się z nimi na ich zasadach jest czystym szaleństwem. Nie wygramy z algorytmem na sterylność i optymalizację. Jedynym ratunkiem jest wywrócenie stolika i wyjście z kasyna.

Stop. Tu zaczyna się człowiek!
To nie AI zabiła blogowanie. AI odebrała sens udawaniu, że przeciętność jest wartością.
AI wygrała z ludźmi, którzy już dawno przestali nimi być!
PS. A Wy? Macie jeszcze w zakładkach blogi, w których widać autora, czy już dawno wymieniliście je na czytniki AI?
Komentarze