Google udostępnił Dreambeans wszystkim dorosłym użytkownikom w USA. Wcześniej funkcja była dostępna dla osób korzystających z płatnych planów Google AI.
To ciekawa zmiana, bo Dreambeans przestaje być eksperymentem dla małej grupy użytkowników i może zacząć generować znacznie więcej danych o tym, jak Google chce podsuwać ludziom treści bez klasycznego wyszukiwania.
Czym właściwie jest Dreambeans?

Dreambeans powstał w Google Labs i przygotowuje użytkownikowi codzienny zestaw spersonalizowanych historii.
Nie jest to jednak po prostu drugi Google Discover.
Za zgodą użytkownika Dreambeans może korzystać między innymi z Gmaila, Kalendarza, Zdjęć Google, historii wyszukiwania, YouTube i Gemini. Na tej podstawie próbuje przewidzieć, co może być dla danej osoby interesujące albo przydatne.
Przykładowo informacja o planowanym wyjeździe z Kalendarza może posłużyć do przygotowania historii dotyczącej miejsca, do którego jedziemy.
Czyli użytkownik nie musi najpierw wpisać zapytania.
Czy Dreambeans korzysta ze stron internetowych?
Tak.
I to jest najciekawsza część z punktu widzenia SEO. Google informuje, że Dreambeans może korzystać z informacji znajdujących się w internecie, a część historii zawiera odnośniki prowadzące dalej.
9to5Google pokazywało przykład historii dotyczącej wycieczki, która odsyłała między innymi do przewodników znajdujących się w sieci. Czyli treści wydawców faktycznie mogą się tam pojawiać.
Czy Dreambeans generuje ruch?
Teoretycznie tak, bo użytkownik może przejść na zewnętrzną stronę. Nie wiadomo natomiast, czy ma to obecnie jakiekolwiek większe znaczenie dla wydawców.
Nie mamy danych dotyczących:
- częstotliwości pojawiania się zewnętrznych źródeł,
- CTR takich linków,
- sposobu wyboru konkretnych stron,
- raportowania ruchu w Search Console,
- skali całego zjawiska.
Dlatego na razie nie ma sensu mówić o „optymalizacji pod Dreambeans”. Nie znamy nawet zasad, według których Google dobiera źródła.
To nie jest ranking Google Search
Warto też oddzielić Dreambeans od klasycznych wyników wyszukiwania.
Pojawienie się artykułu w Dreambeans nie oznacza, że strona zdobyła wyższą pozycję w Google albo że istnieje jakiś nowy czynnik rankingowy. To osobna powierzchnia Google Labs, oparta przede wszystkim na personalizacji użytkownika. Można porównywać ją do Discover, ale Dreambeans korzysta z dużo szerszego kontekstu. Nie tylko z zainteresowań użytkownika, ale również z informacji pochodzących z innych usług Google.
Na co warto teraz patrzeć?
Przede wszystkim na to, co wydarzy się po otwarciu Dreambeans dla wszystkich kont w USA. Jeżeli wydawcy zaczną zauważać wejścia, pojawią się powtarzalne przykłady konkretnych domen albo Google zacznie dokumentować sposób wyboru źródeł, temat zrobi się znacznie ciekawszy.
Na dziś wiadomo jedno: Dreambeans może korzystać z treści znajdujących się w internecie i może odsyłać użytkowników do zewnętrznych stron. Nie wiadomo tylko, czy będzie to realne źródło ruchu, czy raczej dodatek do historii generowanych przez Google.
Dlatego na razie warto obserwować. Na poradnik „jak pozycjonować się w Dreambeans” jest zdecydowanie za wcześnie.
Komentarze