Zaczęło się od całkiem niewinnego pytania. Czy jeśli ktoś automatycznie odpytuje Google o tysiące fraz dziennie, żeby sprawdzać pozycje stron, to właściwie robi coś złego? Przecież monitory pozycji działają od lat. Sam w 2020 roku opisywałem skrypt, który korzystał z 2Captcha. Google wyrzucało CAPTCHA, automat ją rozwiązywał i jechał dalej. Techniczna zabawa.
Sześć lat później podobny temat wylądował w amerykańskim sądzie federalnym. I nagle pytanie:
„czy automat może odczytać publiczne wyniki wyszukiwania?”
zaczyna mieć znaczenie nie tylko dla SEO, ale również dla AI i całego modelu publicznego internetu. No to zaglądnąłem trochę głębiej.
Google pozywa SerpApi
19 grudnia 2025 roku Google pozwało SerpApi. SerpApi robi coś bardzo prostego. Zamiast samemu otwierać Google, wpisywać zapytanie i analizować HTML, wysyłasz zapytanie do API i dostajesz gotowe dane:
fraza pozycja tytuł URL snippet elementy SERP Knowledge Panel itd.
Czyli dokładnie to, czego potrzebują rank trackery, narzędzia SEO, systemy analizujące konkurencję i obecnie również AI. Problemem jest skala. Według pozwu SerpApi miało generować setki milionów automatycznych zapytań do Google dziennie. To już nie jest skrypt odpalony z crona. To jest fabryka SERP-ów.
Google ma jednak pewien problem
Spodziewałbym się argumentu:
„Generujecie setki milionów zapytań, zużywacie nasze zasoby i obchodzicie zabezpieczenia.”
Brzmi logicznie. Google poszło jednak przede wszystkim w DMCA, czyli przepisy dotyczące obchodzenia technologicznych zabezpieczeń chroniących dostęp do utworów objętych prawem autorskim. I tutaj zaczyna się robić ciekawie. Google używa systemu antybotowego określanego w sprawie jako SearchGuard. Może on wyświetlić CAPTCHA, JavaScript challenge albo w inny sposób sprawdzić, czy zapytanie wygląda jak ruch normalnego użytkownika.
Google twierdzi, że SerpApi ten system obchodzi. Tylko gdzie właściwie przebiega granica? Jeżeli CAPTCHA mówi:
„Udowodnij, że jesteś człowiekiem.”
a challenge zostaje poprawnie rozwiązany, Google odpowiada:
„OK, możesz wejść.”
Czy to jest obejście zabezpieczenia? Czy raczej jego poprawne przejście? Oczywiście Google zarzuca SerpApi więcej: symulowanie przeglądarek, używanie wielu adresów IP i techniki utrudniające wykrywanie automatycznego ruchu. Ale nadal pozostaje pytanie:
co właściwie chroni SearchGuard?
I tutaj pojawia się Willie Mays
Jednym z ważniejszych bohaterów pozwu został… Willie Mays. A dokładniej jego zdjęcie. Google pokazuje w Knowledge Panelach fakty, statystyki, opisy i fotografie. Fakt:
„Willie Mays urodził się 6 maja 1931 roku”
sam w sobie nie jest utworem chronionym prawem autorskim. Fotografia już może być. Google argumentuje więc mniej więcej tak: w wynikach znajdują się również chronione materiały, a SerpApi obchodzi SearchGuard i uzyskuje do nich automatyczny dostęp. Tyle że zdjęcie nie siedzi za abonamentem. Nie ma loginu. Nie ma DRM. Wpisuję nazwisko w Google i Google samo mi je pokazuje.
Dlatego kluczowe staje się pytanie:
Czy SearchGuard naprawdę kontroluje dostęp do chronionego zdjęcia, czy po prostu kontroluje automatyczne korzystanie z wyszukiwarki?
To niekoniecznie jest to samo.
Pierwszy kubeł zimnej wody dla Google
20 lipca 2026 roku sąd federalny w Kalifornii uwzględnił wniosek SerpApi o oddalenie pierwotnych roszczeń Google. Najważniejsze było to, że Google nie mogło dalej rozwijać części teorii odnoszącej się do wyników niezawierających odpowiedniego chronionego utworu.
Bo zwykły wynik:
pozycja: 3 tytuł: Sklep z butami url: sklep.pl/buty snippet: ...
nie staje się nagle chronionym utworem tylko dlatego, że Google postawiło przed nim system antybotowy. Google mogło jednak poprawić część pozwu dotyczącą wyników zawierających chronione treści. I poprawiło.
10 sierpnia złożyło nową skargę, tym razem koncentrując się mocniej na konkretnych licencjonowanych obrazach z Knowledge Paneli.
25 sierpnia SerpApi ponownie wystąpiło o oddalenie sprawy. SerpApi twierdzi, że dwie fotografie wskazane przez Google – Babe Rutha z 1921 roku i Willie Maysa z 1951 roku — nie dają Google takiego copyrightowego punktu zaczepienia, jakiego firma potrzebuje.
To na razie argument SerpApi, a nie ustalenie sądu. Ale jeśli okaże się trafny, konstrukcja będzie wyglądała mniej więcej tak:
Google pozywa firmę za obchodzenie zabezpieczeń chroniących utwory objęte copyrightem…
…a wskazane przez Google przykłady nie dają mu podstawy, na którą liczyło.
I wtedy do pokoju wchodzi Reddit
Reddit również pozwał SerpApi. A przy okazji Perplexity. Według Reddita Perplexity korzystało lub mogło korzystać z pośredników takich jak SerpApi przy pozyskiwaniu treści Reddita poprzez wyniki Google. Żeby to sprawdzić, Reddit zrobił bardzo ciekawy, ale prosty eksperyment. Stworzył testowy post zawierający unikalny ciąg znaków i skonfigurował go tak, aby według opisu Reddita mógł zostać pobrany przez crawler Google, ale nie przez inne wyszukiwarki, takie jak Bing.
Kilka godzin później ten ciąg wpisano do Perplexity. Perplexity znało treść posta. Eksperyment sugeruje przepływ:
Reddit ↓ Google ↓ ktoś ↓ Perplexity
Nie dowodzi jednak sam w sobie, że tym „kimś” było SerpApi. Mógł to być inny dostawca albo inne źródło danych. Reddit dołożył jednak dodatkowe informacje i sąd w Nowym Jorku uznał, że na tym etapie znaczna część sprawy może iść dalej.
To nie oznacza, że Reddit wygrał ani że SerpApi złamało prawo. Oznacza tylko, że będzie co badać. A właśnie to może być najciekawsze. Bo w sprawie mogą pojawić się logi, umowy i dokumenty pokazujące, kto od kogo naprawdę bierze dane.
A teraz najlepsze: Reddit i Google są partnerami
Google i Reddit mają oficjalną współpracę dotyczącą danych. W 2024 roku Google poinformowało o rozszerzeniu partnerstwa obejmującego dostęp do Reddit Data API oraz współpracę dotyczącą produktów AI. Reuters podawał wtedy, że umowa może być warta około 60 milionów dolarów rocznie.
Czyli:
użytkownicy tworzą treści ↓ Reddit je agreguje ↓ Google płaci za dostęp do danych ↓ Reddit próbuje ograniczać alternatywne sposoby ich maszynowego pobierania
Genialne. Prawnie oczywiście sprawa jest bardziej skomplikowana. Ekonomicznie wygląda dużo prościej.
My produkujemy dane. Platformy je agregują. A potem wielkie firmy ustalają między sobą, kto może je maszynowo czytać i za ile.
Internet publiczny, ale nie aż tak publiczny
I moim zdaniem właśnie tutaj znajduje się sedno całej sprawy. Nie chodzi o SerpApi. Nie chodzi nawet o Google.
Chodzi o pytanie:
Czy treść dostępna publicznie dla człowieka jest również dostępna do maszynowego odczytu?
Przez dużą część historii internetu techniczna odpowiedź brzmiała:
raczej tak.
Google samo zbudowało wyszukiwarkę na automatycznym crawlowaniu i analizowaniu publicznie dostępnych stron.
Dzisiaj mówi jednak innym:
„Nie możecie automatycznie pobierać naszego produktu w sposób sprzeczny z naszymi zasadami i zabezpieczeniami.”
Reddit mówi podobnie o swoich danych.
Druga strona odpowiada:
„Ale przecież te treści są publiczne.”
A autor siedzi gdzieś na końcu łańcucha i patrzy, jak korporacje ustalają, kto może zarabiać na jego komentarzu.
Co to oznacza dla SEO?
Na razie nic dramatycznego.
Nie wyciągałbym wniosku:
„Google pozwało SerpApi, więc zaraz pozwie każdy rank tracker.”
Skala ma znaczenie. Jest różnica między setkami tysięcy a setkami milionów zapytań dziennie. Ale jeśli Google wypracuje skuteczną teorię prawną przeciwko dużym dostawcom SERP API, konsekwencje mogą zejść niżej.
Najpierw do hurtowych dostawców danych. Później do ich klientów:
- rank trackerów,
- narzędzi SEO,
- systemów monitoringu,
- narzędzi AI,
- platform analizujących konkurencję.
Dokąd to wszystko zmierza?
Najbardziej prawdopodobny wydaje mi się model:
publiczne dla ludzi płatne lub kontrolowane dla maszyn
Chcesz przeczytać jeden artykuł? Proszę bardzo. Chcesz przeanalizować milion?
- API.
- Umowa.
- Licencja.
- Płatność.
Dla dużych platform ma to ogromny sens. Jeśli dane są paliwem dla AI, dostęp do danych przestaje być technicznym detalem.
Staje się produktem.
A nawet jeśli Google nie wygra prawnie, nadal ma technologię. Może zwiększać liczbę challenge’y, wiązać zapytania z sesjami, poprawiać fingerprinting, zmieniać kod i po prostu sprawiać, że pobieranie miliona wyników będzie coraz droższe. Nie trzeba całkowicie zatrzymać scraperów. Wystarczy podnieść im rachunek.
Najciekawsze dopiero przed nami
Sprawa Google kontra SerpApi nadal trwa. Równolegle w Nowym Jorku idzie dalej sprawa Reddita przeciwko SerpApi i Perplexity. I być może najcenniejsze nie będą nawet same wyroki.
Ciekawsze mogą być dokumenty, które przy okazji wypłyną:
- jak naprawdę działa infrastruktura SERP API,
- kto od kogo kupuje dane,
- jak platformy wykrywają automaty,
- jak systemy AI pozyskują informacje.
Zacząłem od pytania, czy można automatycznie sprawdzać pozycje w Google. Skończyłem na pytaniu, kto właściwie kontroluje dostęp do publicznego internetu. Przez lata obowiązywała niepisana zasada:
„Jeżeli coś wystawiłeś publicznie, robot prawdopodobnie spróbuje to przeczytać.”
Na tej zasadzie wyrosło zresztą samo Google. Teraz, kiedy dane stały się paliwem dla AI, duże platformy dopisują ciąg dalszy:
„…ale maszynowy dostęp na dużą skalę może wymagać naszej zgody, naszego API albo naszej umowy.”
I mam wrażenie, że właśnie o to naprawdę toczy się ta wojna. Nie o CAPTCHA. Nie o zdjęcie Willie Maysa. Nawet nie o SerpApi.
Chodzi o to, kto będzie kontrolował bramkę prowadzącą do danych, które przez ostatnie dwadzieścia lat wszyscy wrzucaliśmy do internetu.
I kto będzie pobierał opłatę za przejście.
No cóż.
Dane wyprodukowaliśmy my. A teraz duzi chłopcy ustalają między sobą cennik.
Stan spraw opisany w artykule: 27 sierpnia 2026 roku. Zarzuty stron są zarzutami procesowymi, a nie prawomocnym ustaleniem naruszenia prawa.
1 Response
[…] dni temu przy okazji sprawy Google kontra SerpApi pisałem, że prawdopodobnie zmierzamy do internetu działającego według […]